skip to main |
skip to sidebar
Ze wzgledu, tym razem, na problemy techniczne troszke opoznila sie publikacja tego postu. Musialem oddac komputer do serwisu, na szczescie udalo sie uratowac dane w tym ten post, komputer rowniez dziala. Jedynym problemem pozostaje kwestia polskich slaczkow, ktore niestety nie sa stosowane ani w jezyku angielskim ani indonezyjskim. Nie chcialem juz dluzej przeciagac publikacji tegoz posta dlatego znajdziecie w nim kilka takich "niedociagniec".***W Jambi pozostałem jeszcze jeden dzień. Jedna ze studentek, która była również organizatorką seminarium zaprosiła mnie do siebie. Tam zobaczyłem domy na palach. Jeszcze tydzień wcześniej żeby dostać się do domów podpływało się małymi łódkami, w które większość domów na te ewentualnosc wyposażone. Powiedziałem, że to podobnie jak w Wenecji co zostało przyjęte z zadowoleniem.Byłem w domu, w którym produkuje się batik. Ze względu na moją skrupulatność oraz rzeszę czytelników zainteresowanych technikaliami zrobiłem dokładny risercz w tym temacie, żeby precyzyjnie i bez dwuznaczności przedstawić wam technikę jak i proces powstawania batiku. Jak przeczytałem dwie minuty temu na wikipedii polega to na tym, że chlapie się jakimś gorącym woskiem po bawełnianej szmacie, a potem próbuje się to komuś wcisnąć.
Siedemdziesięcioletnia kobieta pokazała mi jak chlapać, żeby nie zachlapać, ale mi nie szło więc przenieśliśmy się zobaczyć kolejne etapy produkcji piętro wyżej. Ogólnie rzecz biorąc, aby wyprodukować jedną szmatkę potrzeba jednego miesiąca pracy, ale mimo wszystko głównie przerwy na kawę i czekania. W trakcie miesiąca taki jeden dwupiętrowy domek z kilkoma pracownicami produkuje 100-110 szmatek.
W Jambi, jak sami studenci i nauczyciele przyznali nie ma nic specjalnego do zobaczenia dlatego udałem się jakieś 400 kilometrów na zachód do największego miasta w zachodniej Sumatrze – Padang.***Sumatra to wyspa, która ucierpiała w 2004 roku z powodu trzęsienia ziemi oraz tsunami, w wyniku którego na północy, w rejonie Banda Aceh śmierć poniosło około dwieście tysięcy osób. 30 września 2009 roku trzęsienie ziemi zebrało swoje żniwo także w Padang. Zginęło kilkaset osób, a przechodząc ulicami można wciąż oglądać zawalone domy. Inne budynki także są zniszczone. Część z nich w jakiś tam ograniczony sposób funkcjonuje jak na przykład jeden z domów handlowych, w którym działa tylko parter a z góry spada na glowy woda. Inne zostały pozostawione same sobie. I tak, kilkupiętrowy hotel, jeden z bardziej eksluzywnych w Padang, w wielu miejscach poprzecinany jest jakby ogromnym nożem i stoi opuszczony w centrum miasta stanowiąc najlepsze świadectwo niebezpieczeństwa jakie może wywołać naturalne zjawisko.***W mojej opinii Padang i bezpośrednie okolice rowniez nie miały wiele do zaoferowania w kontekście ciekawych obiektów przyrody dlatego potraktowałem to miasto jedynie jako miejsce, w którym spędzę jedną noc , wynajmę skuter i ruszę dalej. Za to blisko mojego hotelu znalazłem przyjemne restauracje, w których mogłem nieźle zjeść i kogoś spotkać.***Trzy studentki angielskiego szukały białego obcokrajowca, który je przepyta z atrakcji turystycznych w Padang i wystawi ocenę, która będzie miała wpływ na ocenę końcową na uniwersytecie. To je przepytałem. Co prawda tylko jedna z nich mówiła nieźle po angielsku, drugą ledwo rozumiałem, a trzecia właściwie po angielsku się nie odzywała, ale przyjąłem na tyle elastyczny system oceniania, że wszystkie zdały celująco. Jak zwykle w takich sytuacjach, czyli przy interview prowadzonym przez indonezyjczyków ze mną zrobiliśmy sobie zdjęcia udowodniające to wspaniałe wydarzenie. Poszliśmy od razu do punktu fotograficznego by je wydrukować, a ja dostałem kilka upominków.***Kiedy wyjeżdżałem z Padang byłem w dobrym humorze. Gorąco, słońce, malownicza góra po prawej, niezła droga i poczucie wolności. Angkoty, czyli publiczne busy, które okazały się być dla mnie nie lada atrakcją ze względu na zmienione nadwozie (zobacz zdjęcie) zatrzymywały się na poboczu, żeby zabrać nowych pasażerów albo pozwolić wysiąść tym będącym w środku.
Autobusy na dłuższe trasy także miały swój styl choć pojazdy wykolorowane w motywy z amerykańskich kreskówek mogą nie wszystkim przypaść do gustu (zobacz zdjęcie).
Padang mam już parę kilometrów za sobą, wciąż czuję tę tajemniczą radość z jazdy pośród bujnej roślinności głębokiej zieleni zestawionej z żółto-brązowym kolorem piasku, błota oraz rzek w porze deszczowej, wyjeżdżam zza zakrętu a na mojej drodze pojawia się policjant i pokazuje kolejnym pojazdom gdzie mają się zatrzymać. Pokazał także i mi i wskazał jedynej w towarzystwie policjantce, żeby się mną zajęła.
- Cholera, trzeba dać łapówkę – pomyślałem i zadałem sobie zasadnicze pytanie: Powinienem dać wszystkim policjantom w pobliżu czyli kilku osobom czy tylko jej?
Otwieram przyciemnioną szybkę kasku:
- Good Morning Mister – mówi zaskoczona i bardzo uśmiechnięta - Czy masz, hmm.... – szuka słowa w języku angielskim, ale wiem, że go nie znajdzie. Indonezyjczycy może są i dobrzy kiedy trzeba śpiewać podjazdem do utworu muzycznego w heksatonicznej skali całotonowej wśród przyjaciół ubranych w obcisłe dżinsy w karaoke z zapominającą o złożonym zamówieniu na napoje obsługą, ale jeśli chodzi o mówienie po angielsku to rzadko jest z tym dobrze. Widzę, że nie może sie wyslowic więc wyciągam kartę rejestracyjną i pokazuję ją jakbym się przechwalał licząc na to, że to wystarczy.
- Dobrze! A czy masz SIM? (indonezyjskie prawo jazdy)
- Cholera – znowu pomyślałem i zacząłem wchodzić w rolę. -A co to takiego? – zapytałem niewinnie i zrobiłem usta w dzióbek.
Jakiś inny zatrzymany indonezyjczyk pomachał mi swoim prawem jazdy i zostałem zaproszony do jej kolegów kilka metrów dalej, a ja zacząłem zastanawiać się, jaki dokument pokazać: polską legitymację studencką, indonezyjską – nie, to głupie, legitymację ISIC, kartę Rodzyinka, aaaa niech mają mój dowód osobisty. Policjant oparty o bagażnik samochodu oglądał obojętnie mój dowód to z jednej to z drugiej strony. W tym czasie rozmawiałem z policjantką o moim pochodzeniu, o tym, że jestem nauczycielem w Polsce, przyjechałem pozwiedzać, zacząłem mówić o tych wielu 
interesujących wodospadach i innych miejscach, które są niedaleko Bukit Tinggi, do którego zmierzałem. Zdecydowałem się nawet zdjąć kask, żeby zabłysnąć blondem i to już chyba przechyliło czarę.
- Ok, Mister. Nie rozumiem cię. Jedź – powiedziała twardym angielskim.
- Dziękuję.***Dwa dni później w drodze powrotnej znowu ich spotkałem tym razem jednak w innym miejscu. Jechałem wtedy między dwoma ciężarówkami, które zjechały na pobocze na znak policjanta. Ja nie byłem pewien czy policjant również mi kazał zjechać (na pewno tak), popatrzyłem tylko w lusterko czy się mną zainteresował i spokojnie pojechałem dalej do Padang, z ktorego mialem odleciec w domowe pielesze.
Zanim przejdę do podróży na Sumatrę kilka słów o tym jak można w Indonezji spędzić święta oraz Nowy Rok. Ja już, tradycyjnie, w Wigilię byłem w gronie kilku przyjaciół na Gili Trawangan – wysepce położonej na zachód od Lombok. Tam zjedliśmy tradycyjną kolację złożoną z ziemniaków, kurczaka, sałatki, wina ryżowego oraz lodów. Przy akompaniamencie zespołu, który grał typowe dla tego specyficznego okresu utwory w stylu „Knockin’ on heaven’s door” oraz „Sweet home Alabama” oddawaliśmy się świątecznemu klimatowi.
Potem przyszedł czas na spacer wzdłuż plaży oraz – oczywiście - dyskotekę z pijanymi obywatelami z całego świata. Ponadto, w trakcie dwóch tygodni objechaliśmy Lombok, spotkaliśmy Robinsona Cruzoe, doświadczyłem pierwszego wypadku motocyklowego, następnie dalej podróżowaliśmy, miałem drugi wypadek, a Sylwestra spędziłem na Bali. Przekonałem się również, że podróżowanie auto/motostopem po Indonezji to bułka z masłem dla białego, z zabandażowanym dla większego efektu kolanem i ręką. W aptece pytałem również o czarną opaskę na oko jaką noszą piraci, ale nie mieli.***Sumatra, a przede wszystkim ludzie z Jambi – miasta na wschodzie Sumatry, okazali się być dla mnie bardzo gościnni. Od początku byłem tam prowadzony za rękę i traktowany jak jedynak. Gorzej było w innych kwestiach. Indonezyjczycy może są i dobrzy kiedy chodzi o przyrządzenie pieczonego kurczaka w słodkim keczapie dla dwóch osób wieczorem przy ruchliwej ulicy w towarzystwie żebraków, kotów i grajka, który z zagranicznych przebojów zna tylko jedną piosenkę Carlosa Santany, ale jeśli chodzi o sprawy organizacyjne to bywa z tym u nich raczej kiepsko.
Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z jedną z osób związaną z międzynarodowym seminarium, w którym miałem uczestniczyć powiedziano mi, że temat brzmi „Jak spowodować poprawienie zdolności mówienia i czytania w języku angielskim wśród uczniów szkół średnich”. Moje przemówienie miało trwać 5 godzin, a publiczność składać się głównie z nauczycieli języka angielskiego. Na trzy dni przed seminarium otrzymałem informację, a dokładniej zmusiłem Komitet do przekazania mi dokładnego planu, z którego okazało się, że mam przeznaczone 3 godziny (dobrze), ale zmienił mi się temat (niedobrze). W dniu seminarium znowu się trochę namieszało. Oczywiście w tamtym momencie miałem to już gdzieś, nie wiedziałem o co im chodzi, ale jestem już w Indonezji na tyle długo, że nie dziwi mnie, że coś nie idzie według planu, bo zwykle nie idzie. Spójrzmy na przykład na loty samolotów. Leciałem już w Indonezji samolotem sześć razy. Ile odleciało na czas? Jeden. Był to samolot z Padang do Dżakarty, który startował jako pierwszy tego dnia o godzinie szóstej rano! Inne, czy to o 8:30, 15:00 czy 19:00 – zawsze opóźnione przeciętnie o jedną godzinę.***Kiedy wszedłem do auli zaczęły grać fanfary, spikerka wypowiedziała nawet składnie moje imię i nazwisko i odbyło się krótkie przedstawienie taneczne.
Po kilku godzinach różnych przemówień oraz dwóch wykładach Indonezyjskich nauczycieli, które spędziłem głównie w pokoju hotelowym oraz na jedzeniu w restauracji przyszedł czas na mnie.
Zacząłem od podziękowań i kilku pytań do publiczności, z których okazało się, że jakieś 80% słuchaczy stanowili studenci. Druga sprawa, że w trakcie mojego wykładu koleżanka moderatorka poprosiła mnie, żebym mówił po indonezyjsku, bo wiele osób mnie nie rozumie. Odmówiłem. Nie wiem w takim razie czy moje słowa trafiły na podatny grunt i czy coś z nich urośnie. Na szczęście seminarium jest jak stolarz. Stolarz żyje, żyje, a potem umiera. Tak też jest z seminarium. Po półtorej godzinie powiedziano mi, żebym kończył, bo nie zostało nam dużo czasu. Nie ma problemu. Odpowiedziałem jeszcze na kilka rozsądnych pytań, obejrzałem przedstawienie i przez dwadzieścia minut pozowałem do zdjęć z hordami studentów. Byłem wytrwały i cierpliwy, odważnie i z pogodą ducha pokonywałem kolejne minuty życia. Byłem prawie jak Robinson Cruzoe...***Robinsona spotkaliśmy na małej wysepce zamieszkanej przez jedną rodzinę niedaleko Lombok. Popłynęliśmy tam, bo leżała zaledwie 100-200 metrów od Gili Nanggu, na której nocowaliśmy. Kiedy ujrzałem go po raz pierwszy siedział sam na plaży i grał na gitarze. Gitara była jego głównym dobytkiem poza paroma innymi rzeczami, które zdołał zmieścić w futerale. Meksykanin, od
trzech lat w podróży. Na wyspę dostał się przypływając z Lombok siłą mięśni. Najpierw z Lombok na jedną wyspę. Potem znowu do wody aż do następnej, piechotką przy plaży, znowu do wody i po kilku kolejnych minutach był na wyspie, na której go spotkaliśmy. Kosztowało go to równowartość 1,5 zł, za który kupił kawałek styropianu, pogrzebania trochę w śmieciach, szczypty sprytu i odrobiny pracy w skonstruowaniu pływającej platformy, na której położył gitarę i którą ciągnął płynąc. Kiedy odpływaliśmy zarezerwowaną przez nas wcześniej łajbą zdziwił się:
- Nie zostaniecie na noc poimprezować?
- Musimy płynąć, bo łódka na nas czeka, a nie mamy tyle pieniędzy, żeby wynajmować kolejną.
- Byłoby dla was błogosławieństwem gdybyście nie mieli pieniędzy w Indonezji – powiedział po czym ruszył z gospodarzem wyspy do jego chatki.
cdn.
Zaczerpnięte z „Modlitwy Żaby” Anthony de Mello:
"Jeden z tych nielicznych ludzi, którzy spacerowali po księżycu, opowiada, jak musiał zdusić w sobie instynkty artystyczne, kiedy się tam znalazł.
Pamięta, jak spoglądał na Ziemię i był zachwycony tym widokiem. Przez chwilę stał jak wryty, myśląc:
Potem szybko otrząsnął się z tego nastroju i powiedział sobie:
Są dwa rodzaje wychowania:
to, które uczy, jak zarobić na życie
i to, które uczy, jak żyć."***Jutro wyruszam na dwutygodniową przerwę świąteczną. Tym samym nowych postów w najbliższym czasie nie będzie. Do tej pory napisałem ich tysiące, a dokładniej dwadzieścia dwa (z czego dwa całkiem nieźle). Tym samym staję się kolejnym powodem, dla którego część z Was będzie musiała zasiąść przed telewizorem i obejrzeć „Kevin sam w domu”. Ponadto, otrzymałem propozycję pięciogodzinnego przemówienia w charakterze eksperta na temat, który jest mi raczej obcy w połowie stycznia na Sumatrze. Oczywiście ją przyjąłem, dlatego te dwa tygodnie, które mi pozostaną po powrocie ze „Świąt” poświęcę intensywnym przygotowaniom. Prawdopodobnie zostanę na Sumatrze dłużej niż jeden dzień więc znowu nie będzie wstrząsającego opisu wydarzeń z Indonezji.
Wszystkiego najlepszego.
Było po ósmej rano, gdy leżałem w łóżku i obudziło mnie wycie tłumika motoru Marcina. Wstałem, wyszedłem z pokoju, otworzyłem drzwi na balkon i wyjrzałem na zewnątrz:
- Tak, tak może pan wywieść śmieci – powiedziałem Marcinowi i odwróciłem się w stronę drzwi.
- Panie, można wejść? – zaskomlał.
Rzuciłem mu klucze i wszedł na górę.
- To co jedziemy? – zapytał wchodząc do pokoju - Pogoda piękna, słoneczko świeci. Weź aparat, zjemy po drodze.
- Wiemy jak jechać?
- Mam mapę. Niestety kończy się ona na Malang, ale wiemy mniej więcej jak dojechać do Blitar, a potem będziemy pytać.***Sto siedemdziesiąt siedem kilometrów, cztery godziny, dwa tankowania albo jeden wielki czarny buch z rury wydechowej autobusu – tyle potrzeba, aby dotrzeć z Malang do Prigi Beach. Kiedy zobaczyłem Prigi po raz pierwszy byłem nieźle przybity. Śmierdziało rybami, a plaża nie wywoływała we mnie entuzjazmu. Przy zapewnieniach Marcina, że jest bardzo ładna wyglądała na marny dowcip. Kiedy więc spojrzałem na śmiejącego się Marcina zastanawiałem się czy to z powodu tego dość przeciętnego obrazu połączonego z powonieniem stada zdechłych ryb czy też wspomina zdarzenie sprzed kilkunastu sekund, gdy przeskoczyliśmy progi zwalniające z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Okazało się, że to drugie. Nic to, w pobliżu powinny być inne plaże, a póki co zostaniemy tutaj i pomyślimy co dalej.***Motyl trzepocząc brązowymi skrzydełkami przeleciał ponad nami niezdarnie walcząc z mokrym wietrzykiem dobiegającym z morza. Staliśmy przy motorkach w zieleni otoczeni szerokim horyzontem piasku, palm i wody. Słońce stało wysoko na ogromnym szafirowobłękitnym niebie upstrzonym z rzadka suchymi, puszystymi chmurkami niepokalanej białości. Powiew wiatru łechtał moją grzywkę i pojedyncze włosy rzucały własne cienie. Było spokojnie. Pojechaliśmy więc pojechać szukać jakieś knajpy.***- Witamy, witamy! – rozległy się głosy wokoło. Kilka osób ruszyło się ustawić nam stolik, dopasować krzesła i nas udobruchać. Podano nam dwa duże ciepłe piwa i w towarzystwie kilku Indonezyjczyków
sączyliśmy je rozmawiając o niczym.
Kiedy wyjeżdżałem do Indonezji ludzie pytali mnie jak będę się dogadywał, przecież to zupełnie inny język, inna kultura, zwyczaje. Ale hej, dogaduję się jakoś ze swoją matką! Oczywiście bywają problemy w komunikacji i to częste, ale da się tutaj żyć bez znajomości języka.
Szczególnie ciekawą postacią był Indonezyjski niziołek. Mówił szybko pochłaniając kolejne sylaby z precyzją PacMana na Pegasusie. Przy tym wszystkim powtarzał jakiś dziwny balans ciałem i pląs nogami uzupełniając swoje taneczne ewolucje wytrzeszczaniem oczu i gładzeniem do tyłu pomalowanych na kolor blond włosów. Nie rozumiałem go tak jak nie rozumie się potrzeby robienia wykładów, oddawania prac domowych na czas albo jazdy określoną stroną jezdni.
Generalnie, towarzystwo w knajpie wyglądało na nieźle wstawione. Mimo, że była dopiero godzina czternasta, tańce i głośne karaoke płynęły w parze bez przerwy. Z pewnością było to ciekawe doświadczenie oglądać kilku rybaków oraz tańczące dziewczyny, ale my przyjechaliśmy w poszukiwaniu pięknych widoków i relaksującej wody. Mieliśmy dobre perspektywy, ponieważ powiedziano nam, że bardzo ładna plaża znajduje się jeden kilometr stąd tak więc rzuciliśmy pieniądze na stół i zbieraliśmy się do wyjścia.
Kelnerka nas zastopowała i powiedziała, żebyśmy poczekali na rachunek. Właściciel podał nam zwykłą, małą białą karteczkę, na której czarnym długopisem napisane było:
Piwo – 50 000
Miejsce – 30 000
Obsługa – 30 000
Razem – 120 000
- Co to jest? – zapytałem w ferworze zdumienia.
Tłumaczenia trwały kilka minut i skończyły się tym, że Marcin jeszcze raz rzucił na stół pięćdziesiątkę i powiedział, że więcej nie mamy i zapłacimy wieczorem. Oczywiście druga strona dobrze wiedziała, że to beznadziejna bujda, ale była to raczej psychologiczna wymówka niż prawdziwa przyczyna. Oni o tym wiedzieli i my o tym wiedzieliśmy. Było to dla obu stron łatwiejsze do przełknięcia niż przyznanie, że jedna strona chciała drugą oskubać.***Kiedy wieczorem poszukiwaliśmy miejsca na nocleg zjechaliśmy z ulicy wjeżdżając do czegoś co przypominało ładnie utrzymane miejsce noclegowe. Kiedy wyszedł nam na powitanie Indonezyjczyk pierwszym co przyszło mi do głowy było zapytać co tutaj podają do jedzenia. Za chwilę jednak z domu wyszedł starszy biały człowiek i okazało się, że on tu mieszka.
Pół Anglik-pół Australijczyk, dziesięć lat spędził w Maroku po czym wrócił do Australii. Tam zaczęły „swędzić go stopy” i przyjechał do Indonezji. Jest nauczycielem w międzynarodowej szkole w Surabayi, a nieopodal Prigi Beach zbudował sobie dom. Od razu poczęstował nas zimnym piwem i chipsami, za które nie policzył nas ani rupii za usługę czy miejsce, zaczął palić namiętnie fajkę i gawędzić z nami. A pomiędzy kolejnymi pociągnięciami tytoniu wydawał odgłosy typu :Mmmm, Ooooo, Aaaaa oraz Yaaaa i machając głową jak dziobiący wróbel. Bez wątpienia był przykładem bezinteresownej gościnności, którą spotyka się od czasu do czasu, ale nie za często. Wskazał nam miejsce, w którym możemy się zatrzymać i o zachodzie słońca się pożegnaliśmy.***Nasz przybytek znaleźliśmy tuż przy plaży. Pojechaliśmy jeszcze na kolację i wróciliśmy z dwoma butelkami klasycznego taniego wina – Orang Tua. Po zebraniu sił poszliśmy we czwórkę na plażę. Przy delikatnych uderzeniach kropli deszczu oraz w towarzystwie błyskawicznych piorunów usiedliśmy w lekko kołyszącej się od fal przycumowanej do plaży łajbie. Tam przeczekaliśmy deszcz oraz oglądaliśmy nieporadne poczynania kilku innych osób, które próbowały rozpalić ognisko (vide Plaża Balekambang cz.I). Później, gdy już tamta grupka się poddała ognisko rozpaliło się jakby samo więc zmieniliśmy miejsce. Przy cieple palących się gałęzi wykrystalizowała się idea wstania wcześnie rano i wyruszenia na połów ryb z miejscowymi rybakami. Udaliśmy się spać, ustawiliśmy budzik na godzinę piątą rano i zasnęliśmy. O piątej rano Marcin wyłączył hałasujący budzik i spaliśmy dalej.***Rano wyruszyliśmy pobłąkać się po dżungli. Była to wędrówka bez celu czy- jak niektórzy mówią – bezcelna albo bezcłowa. Do czasu. Do czasu, gdy postanowiliśmy zdobyć dwa kokosy.
Przy plaży jest mnóstwo palm kokosowych, z których można zdobyć owoce i sączyć mleczko. Po niekrótkich staraniach przy pomocy znalezionego na plaży wiosła zgarnęliśmy dwa kokosy i niczym ludzie pierwotni przemaszerowaliśmy z pożywieniem w kierunku osady, gdzie nastąpiła konsumpcja. Przy spożywaniu kokosów można minutą ciszy uczcić pamięć tych, którzy zginęli od jego uderzenia. Co roku z jego przyczyny śmierć ponosi około 100-150 osób na całym świecie. To jakieś dwa razy więcej więcej niż liczba zgonów na skutek nieudanej konsumpcji skrytobójczych orzeszków ziemnych, a to budzi respekt.***
Przyszedł jeszcze czas na przejazd bez koszulek na plażę, pozdrawianie tubylców oraz wizytę na plaży. Tam po kąpieli, poznaniu kilku osób oraz pozowaniu do zdjęć i zjedzeniu świeżoupieczonej rybki udaliśmy się w drogę powrotną. Pędząc przed siebie i chowając się przed mrugającymi na nas długimi światłami samochodami dojechaliśmy do zmoczonego równikowym deszczem Malang.
Zanim przejdę do sedna treści tego posta powróćmy na chwilę do historii z Bali i tajemniczego prrrrr kapitana promu. Pytałem wtedy o wasze pomysły na temat tego dlaczego kapitan promu prrrrrował. Oto niektóre propozycje:
Maciek z Olsztyna pisze:
Prom był o napędzie koniowym tak więc owo prrrrr służyło jako rozkaz dla zwierząt, które wszak bywają uparte a czasami nawet nie słóchają.
Psycholożka napisała:
Jakby to napisał Freud, koleś miał "nieźle odwalone". Myślę, że jego prrrr to klasyczny przykład tłumionej homoseksualności, która tkwi w podświadomości każdej osoby wybierającej typowo męski zawód. Tak samo było z Tommy Lee Jones’em w Ściganym.
Wolverinexxx:
Każdy ma swoje odchyły, a kapitanów promów nie wybiera się ze względu na zdolności werbalne tylko ze względu na inne kryteria, jak na przykład...yyy...inne kryteria.
Dzięki za wszystkie sugestie. Wracamy do meritum.***Nocne życie? Jest coś takiego w Malang? Ano jest chociaż na pewno inaczej wyglądające niż w Europie. Popularnością cieszą się miejsca sprzedające przesłodzoną kawę. Czy to w postaci eleganckich i szpanerskich kawiarni, czy to w postaci miejsca przed budynkiem, gdzie rozstawia sie plastikowe stoliki i krzesła, a skończywszy na miejscach parkingowych przy głównej ulicy, na których rozrzuca się maty i podaje kawę z torebki (jak już wspomniałem bardzo słodką). Mógłbym rozpisać się jeszcze na temat obsługi, która nie zawsze
przywiązuje specjalną uwagę do tego czego chciało się spróbować, ale opuszczę na to zasłonę milczenia. Ponadto istnieją kluby nocne choć jak na milionowe miasto czy ile to Malang ma mieszkańców jest ich niewiele, bo kilka, a i frekwencja nie zawsze jest wysoka. Zacznę jednak od koncertu kapeli J-Rock, która przyjechała do Malang.***O koncercie jak i o samym zespole wiele nie mogę powiedzieć. Koncertu jakoś szczególnie nie pamiętam (hehe) poza tym, że był bardzo przeciętny i krótki (chyba trwał około jedną godzinę). Zespołu wcześniej nie
znałem chociaż nazwa zapowiadała coś cięższego. Nieprawda. Grali miękko, ale czego się spodziewać jeśli wokalista wyszedł na scenę w białym garniturze. Brakowało mu zawieszki „Chrońmy króliki”, ale może gdzieś tam mu jednak wisiała więc nie będę się wypowiadał. Zespół podobno znany i dlatego pomyśleliśmy, że może warto byłoby się z nim zaprzyjaźnić. Marcin miał już pewne wtyki i sposoby jako, że był już kiedyś na ich koncercie w Malang, po którym spotkał członków zespołu w klubie, a resztę pamięta jak przez mgłę. Jako, że ceny alkoholu w klubie są wysokie chcieliśmy powtórzyć ten wyczyn
toteż, gdy czuliśmy że koncert zbliża się ku końcowi obeszliśmy scenę i pojawiliśmy się przy bramkach z tyłu. Tam zostaliśmy wpuszczeni przez ochroniarzy i zaczęliśmy rozmawiać z główną organizatorką koncertu. Marcin coś chlapał językiem kogo on to nie zna z zespołu i jak to się oni nie przyjaźnią. Organizatorka nie bardzo wiedziała o co nam chodzi, ale w końcu dowiedzieliśmy się, że J-Rock’i spędzą noc w Bale Barong Cafe. Tam więc skierowaliśmy nasze członki.***Kluby w Indonezji to trochę inna bajka niż kluby w Europie. Przy wejściu Indonezyjczyk musi zapłacić 9-20 złotych, a to sporo. Ceny alkoholu – wysokie. Piwo (0,3-0,4 litra)– ok. 8 zł, butelka whisky albo wódki – ok. 400 zł. Nic dziwnego, że chcieliśmy znaleźć sponsora. W nocy na przemian gra na żywo zespół oraz didżej robi dub-dub. Wolę jednak zespoły. Mniejsza już jednak o to. Byliśmy w Bale Barong Cafe we
czwórkę. Oprócz mnie był tam Jacek, Marcin oraz Madagaskarka o imieniu tak dźwięcznym i długim, żeby je wymówić potrzeba ze trzy języki , dwa nosy i kubek wody, żeby nie umrzeć na suchoty. A brzmi ono: Fy (no dobra, to tylko skrót). Czekaliśmy na J-Rock i się doczekaliśmy.
Dosiedliśmy się do nich i zaczęła się rozmowa. Oczywiście oni po angielsku mówili słabo, ale chyba zdołali zrozumieć nową tożsamość Jacka, której nie powstydziłby się żaden agent Mossadu. Jacek został poszukiwaczem azjatyckich talentów śpiewających po angielsku oraz organizatorem Open’era w jednej osobie. Zaczęliśmy się z nimi bratać przy ich butelce whisky,
a w ich żyłach zaczęło narastać podniecenie potencjalnymi rzeszami nowych fanów. Według Jacka bezpretensjonalne riffowanie, dynamiczna sekcja rytmiczna oraz bezkompromisowa charakteryzacja wokalisty opisywały zespół bardzo celnie i mogłyby zapewnić im sukces na bardzo konkurencyjnym rynku zachodnim. Doskonale. Jedyny problem polegał na tym, że J-Rock nagrał do tej pory tylko jedną piosenkę po angielsku więc jedyne co Jacek mógł zrobić to zasugerować nagranie kolejnych i dopiero wtedy koncerty w Europie w takich międzynarodowych metropoliach jak Ciechocinek czy Kolbuszowa. Wymieniliśmy się oczywiście numerami telefonów i muzycy zaprosili nas na koncert dla wybrańców następnego dnia. Trzeba przyznać, że pod koniec byli już oni nieźle podpici, ale mimo to perkusista zapewniał, że na pewno zadzwoni następnego dnia i po nas podjadą.***Następnego dnia faktycznie ktoś zadzwonił. I to nawet trzy razy. Ale Marcin to przespał. Tak więc międzynarodowa kariera J-Rock i koncertowanie w Ciechocinku zostaną odsunięte w czasie.