poniedziałek, 26 lipca 2010

Ona (ta jedyna)

Już kiedyś pisałem, że niektórzy uważają, że została stworzona dla ludzi używających kremy nawilżające do twarzy. I jeśli w tej chwili czytasz to w Wąchocku i nie wiesz co to są kremy nawilżające do twarzy to podpowiem, że pełnią one mniej więcej taką samą funkcję jak majonez na jajku. Jednak już nikt więcej o niej tego nie powie, ponieważ zaszły pewne zmiany, które zmieniły oblicze tego skutera. Mianowicie, wymieniłem lusterka, uchwyty kierownicy, założyłem nakładkę na wydech oraz dodałem w kilku miejscach naklejki. Po zmianach nadwozie jeszcze bardziej gwałci oczy skomplikowanym bełtem kolorów i kątów. Niemniej, wprowadzone modyfikacje nie wniosły żadnej praktyczności. Wręcz przeciwnie, nowe bezkompromisowe lusterka o awangardowym kształcie napewno dodają sylwetce dynamiczności, ale odkąd je zamontowałem musiałem nauczyć się jazdy bez ich używania. Niedość że są mniejsze to w dodatku w trakcie jazdy potrafią tak się obrócić, że mogę w nich odczytać godzinę z zegarka na nadgarstku. Tym samym ocierają się one o dzieło sztuki, gdyż nie mają praktycznie żadnej funkcjonalności.
***
Przygoda z jazdy skuterem po Indonezji to jedno z najlepszych doświadczeń jakie mnie tu spotkało. Wspinałem się na ponad 2000 metrów, pokonywałem górskie wertepy, płynąłem w obfitych deszczach, w korkach walczyłem z innymi uczestnikami ruchu o asfalt, jeździłem po chodnikach, pod prąd, pchałem gdy zabrakło benzyny.W czerwcu postanowiłem wyruszyć w ostatnią, ale zarazem najdalszą i najbardziej zuchwałą wycieczkę na moim motorze i pokonać trasę z Malang do Bali. Wielu pukało się w czoło, przynajmniej serwisant Yamahy, gdy powiedziałem mu, że chcę na skuterze pojechać na Bali wyprostował do góry kciuk. Sam byłem ciekaw jak to będzie wyglądać. Pokonywałem już dość dalekie trasy, ale zawsze jadąc sam na motorze. Tym razem miało być inaczej, bo w podróży, na siedzeniu pasażera towarzyszył mi pewien Francuz z Reunion Island (wyspa koło Madagaskaru) mieszkający obecnie w Sydney o ile nie studiuje w Montrealu albo nie jest na wymianie studenckiej w San Diego czy też jak do niedawna na programie AIESEC w Malang. Na własnym, pracującym jedwabiście jak dwanaście praczek skuterze jazda po Bali miała całkowicie inną jakość niż jazda na wynajętym tam szmelcu. Cudowne były to chwile. W drogę powrotną udałem się już sam. Wszystko wyglądało wspaniale tamtego dnia. Droga, motor i ja. Czując się niczym sułtan indonezysjkich szos oglądałem cudownie piękny zachód słońca, w którym wszystko – wierzchołek góry, morze jawajskie, most – wszystko było przesączone połyskującą ciemną pomarańczą jak gdyby jakiś specjalny rodzaj soku owocowego został wylany na to wszystko. Ustanowiłem wtedy osobisty rekord – 430 kilometrów z Kuty na Bali do Malang w trzynaście godzin wliczając w to postoje oraz prom z Bali na Jawę, co przełożyło się na bóle karku, pleców oraz charakteryzację a la murzynek Bambo. Bromo, Prigi, Balekambang, Papuma, Surabaya i inne – w sumie prawie 9000 kilometrów na moim skuterze.
Gdyby nie motor moja przygoda z Indonezją byłaby o 50% uboższa...
***
Każdy odpowiedzialny obywatel tego świata powinien posiadać dokument, który uprawniałby go do jazdy po drodze. Jest chyba oczywiste, że jazda po drodze to nie zabawa dla dzieci tylko poważna rzecz wymagająca umiejętności, znajomości przepisów drogowych oraz odpowiedzialności. I jeżeli ktoś decyduje się na jazdę bez prawa jazdy jest głupcem. No bo, zrobienie prawa jazdy to prościzna, prawda? Dlatego właśnie po dziewięciu miesiącach jazdy na skuterze bez prawa jazdy zdecydowałem się je kupić. Ok, skłamałem, wcale nie dlatego. Jak wynika z przepisów prawnych, osoba posiadająca zagraniczne prawo jazdy może je wymienić na polskie jeśli złoży wypełniony wniosek, zdjęcie, ksero prawa jazdy z tłumaczeniem na język polski przez tłumacza przysięgłego, dowód osobisty oraz wniesie opłatę, która wynosi mniej niż 100 zł. Ponadto jeżeli prawo jazdy zostało wydane przez państwo nie będące stroną konwencji o ruchu drogowym, czyli na przykład Indonezję, dodatkowym warunkiem jest zdanie egzaminu teoretycznego. Reasumując, można w całkowicie legalny sposób zdobyć polskie prawo jazdy i nie trzeba uczyć się na pamięć takich bzdur jak na przykład jak wrzucić piąty bieg albo jak ustawić lusterka. Dla mnie genialne! Jeśli się mylę to mnie poprawcie.
Prawdę powiedziawszy pomysł zdobycia polskiego prawa jazdy bez zdawania polskiego egzaminu praktycznego chodził mi po głowie już od dawna. Dokładniej rzecz biorąc gdzieś od momentu kiedy po raz ostatni go nie zdałem, czyli jakieś cztery lata temu.
W internecie można znaleźć informacje na temat możliwości zdobycia prawka w innych państwach. Podobno na topie są Wielka Brytania, Ukraina, Czechy i Cypr.
***
Wbrew pozorom kupienie prawa jazdy okazało się być nie taką prostą sprawą. Czyżby Indonezja szła w kierunku normalności? Hmm, oby nie. Moje pierwsze podejście polegało na tym, że poszedłem sam do kwatery głównej policji w Malang i powiedziałem, że chcę zrobić prawo jazdy. Na co oni, żebym przyszedł następnego dnia, bo okienko jest czynne do 12 i jest już zamknięte.
- No, ale jest dopiero 11:30 – odparłem.
- No, ale jest już zamknięte – usłyszałem.
Powiedziano mi, że muszę złożyć dokumenty i zdać test teoretyczny i praktyczny.
- Tak, tak, ale ja chciałbym zapytać o możliwość szybszego załatwienia tej sprawy, bez testów – powiedziałem trochę przymykając oczy i delikatnie obniżając mój ton głosu.
- O nie, nie da się. Trzeba pisać testy.
Kolejnego razu pojechałem z indonezyjskim znajomym, który miał mi pomóc, ale bez rezultatu. Wziąłem się więc w garść i zacząłem pytać po znajomych czy nie mają jakichś kontaktów w kwaterze głównej policji. Udało się i skontaktowałem się z policjantem, który tam pracuje i ma znajomego, który jak się wyraził być może mi pomoże. Weszliśmy do biura, gdzie wyrabia się zdjęcia i policjant do końca mi mówił, że kiedyś to tak można było, ale teraz to już jest niemożliwe i trzeba podchodzić do testów. Byłem jednak nieugięty i powtarzałem jak mantrę, że na testy to ja nie mam czasu oraz podałem mu mój prawdziwy motyw wyrobienia prawa jazdy. Po 45 minutach od wejścia do biura miałem w portfelu świeżutkie prawa jazdy na motor i samochód za niecałe 300 zł. Muszę przyznać, że za kierownicą w samochodzie z kierownicą po prawej stronie siedziałem do tej pory tylko raz kiedy pozowałem do zdjęcia w dżipie pod wulkanem Bromo (zobacz zdjęcie).
I tak zostałem posiadaczem indonezysjkiego prawa jazdy. A już dwa dni później musiałem użyć go po raz pierwszy na przystani promowej z Jawy na Bali. Potem jeszcze trzykrotnie w ciągu tygodnia musiałem je pokazywać. Cóż, good timing...


wtorek, 1 czerwca 2010

Chicken bus i niewiniątka z Komodo

Główny cel wyprawy: zobaczenie „smoków” z Komodo (czerwona plamka):Ja, Hania oraz jej dwie belgijskie koleżanki: Roza i Żolien (właściwie to Rosemarine i Jolyen, ale mniejsza o to. To tylko kolejny dowód na to, że nie można wierzyć we wszystko co się przeczyta) wylądowaliśmy po kilku przygodach, o których nie opowiem, bo po pierwsze mi się nie chce, a po drugie mogłyby być może kogoś zniechęcić do dalekich wypraw, na przystani promowej w Sape na wyspie Sumbawa, z której mieliśmy odpłynąć promem na wyspę Flores.
***
To co było dookoła w niczym nie przypominało pięknej i zielonej Indonezji. Wokół szaro, ponuro, żarcie marne, ale drogie. Nieopodal jakieś porozwalane chaty i pozostawiony sam sobie statek. Byłem głodny więc poprosiłem o ryż z kurczakiem i usiadłem na ławeczce, aby rozpocząć zabijanie głodu. Szybko przysiadł się „kapitan” łodzi, który proponował mi dwudniową podróż na wyspy Komodo i Rinca na swojej dwusilnikowej łajbie. Po kolei podał mi co będziemy robić w poszczególnych dniach, co zapewnia nam w cenie oraz, że nie posiada maski do snorklingu więc trzeba ją sobie załatwić we własnym zakresie. Potem zrobił to ponownie. I jeszcze raz. W końcu ja zacząłem:
- Wiem, masz łódkę. Dwa silniki. Prawie nowa. Nie masz maski. Muszę ją sobie sam załatwić...-tutaj na dwie sekundy się zatrzymałem, żeby sobie przypomnieć co było dalej, ale nie zdążyłem i historię usłyszałem jeszcze raz. W końcu po szóstym opowiedzeniu skończyłem już jeść i byłem na sto procent pewien, że mam do czynienia z wariatem więc bez zbędnych deliberacji sie stamtąd zmyłem. Ale ciągle powtarza mi się w głowie: „Mam łódkę. Dwa silniki....”
***
Prom odpływa tylko raz dziennie - rano, a założony przez nas czas przepłynięcia wynosił osiem godzin toteż cała operacja przedostania się na Flores powinna nam zająć około 24 godzin licząc od momentu przybycia do przystani. Niestety, zajęło nam to mniej więcej dwa razy więcej czasu. Ten fenomen rozciągliwosci czasoprzestrzeni tłumaczy to, że spóźniliśmy się na prom.
W drodze do przystani jak i na niej samej zapytaliśmy kilka osób o której wypływa prom, bo tablicy z rozkładem tras nie było. Jedna osoba powiedziała, że chyba o 12, a trzy osoby, że o 9. O 8:20 następnego dnia, gdy leniwie wracaliśmy sobie ze śniadanka zauważyliśmy, że nasz prom właśnie odpływa. Menedżer hotelu bił pięścią w drewnianą poręcz zarzekając się, że mówił, że odpływa o 8. Natępnego dnia już się nie spóźniliśmy i po ośmiu godzinach na morzu dotarliśmy na Flores. Tam, z Labuan Bajo wynajętą łajbą popłynęliśmy na wyspę Rinca, żeby oglądać warany z Komodo.
***
Wycieczka ta była droga, nie ma co ukrywać, sama łódka z załogą kosztują swoje, a i władze parku narodowego, który został tam utworzony przytulają duże ilości pieniędzy. Ponadto nie wolno chodzić po nim samemu, żeby nie stracić życia. Przez ostatnie dwadzieścia lat dziesięć osób zamieszkujących tamten teren zginęło na skutek ataku warana. To co prawda zdecydowanie mniej niż na skutek spadających bomb kokosowych (vide Plaża Balekambang cz.I oraz O jeden buch stąd), ale wciąż średnio pół człowieka na rok. Nie wiem jednak czy chodzi o połowę człowieka od pasa w dół czy w górę. Myślę, że od pasa w dół. Warany to generalnie osobniki mało towarzyskie chyba, że jednemu z nich udało się powalić byka to wtedy z różnych stron spływają w tamto miejsce i razem rozkoszują się mięskiem(zdjęcie obok). Po posiłku są tak leniwe, że Grzegorz Lato za czasów zasiadania w ławie poselskiej to przy nich dziecko z ADHD.
Same wyspy Rinca oraz Komodo jak i ich otoczenie jest bajkowe, fenomenalne i przypomina najprzyjemniejsze obrazy naszej imaginacji. Wspaniały kolor wody, pastelowe wzgórza i pełne słońce. Doskonałe miejsce do snorklingu i nurkowania. Cudowne były to chwile i warte swoich pieniędzy.
***
W Labuan Bajo na Flores, które o czym jeszcze nie wspomniałem jest w pewnym sensie niezłym zadupiem z częstym brakiem prądu, główną drogą przypominającą rozdziabaną kaszankę i wyjątkowym zagęszczeniem zakładów krawieckich zaplanowaliśmy dalszą podróż już bez Belgijek, które wracały na Bali. A nasze następne kroki miały zostać skierowane ponownie na Sumbawę, a konkretniej na górę Tambora. Wyposażony jedynie w klapki, krótkie spodenki i t-shirty szybko sobie uświadomiłem, żę muszę uzupełnić braki w odzieniu w tutejszych sklepach co jak się okazało wydawało się być prawie nie do przejścia ze względu na rozmiary (a wspomnienia o stylu niektórych tamtych ciuszków do tej pory wywołują u mnie migreny). Niemniej, ostatecznie udało mi się zaopatrzyć w parę białych skarpetek, czarne buty sportowe o niemal niespotykanym rozmiarze 44 i czarno-szarą przymałą bluzę, po której założeniu śmiało można mnie było nazwać modowym terrorystą.
***
Tambora to góra zabójca, matka wszystkich wulkanicznych erupcji. Nie Krakatau na zachód od Jawy ze swoim 18-metrowym tsunami ani Wezuwiusz, który zalał Pompeje. Tambora – niekoniecznie bardzo znana góra na równie małoznanej na świecie wyspie Sumbawa posiada rekord najpotężniejszej erupcji. Kiedyś posiadała jeszcze inny rekord – najwyższej góry w Azji Południowo-Wschodniej. Ale w kwietniu 1815 roku w obłokach lawy i ognia wybiła z siebie w atmosferę 150 kilometrów sześciennych wnętrzności. Po eksplozji, z góry o wysokości około 4300 metrów pozostał krater o maksymalnej wysokości 2851 metrów. W tamtą niesamowicie destrukcyjną noc cała góra wyglądała jak kocioł gorącej lawy wypływający ze wszystkich stron naraz. Około dziewięć tysięcy osób zginęło bezpośrednio w wyniku wybuchu i może nawet sto tysięcy w skutek głodu i chorób na wyspach Sumbawa i Lombok, które zostały wywołane przez erupcję. Ale Tambora zaznaczyła swój ślad na całym świecie. Chmura pyłu była tak gruba, że skutecznie zatrzymywała duże ilości promieni słonecznych przed dotarciem na ziemię. Na północnej półkuli rok 1816 był znany jako rok bez lata. W USA, w czerwcu spadł śnieg, a w Sierpniu zarejestrowano minus jedenaście stopni Celsjusza. Przez następne trzy lata, tysiące ludzi w Europie cierpiało głód.
***
Podróż na Tamborę rozpoczęliśmy od stacji autobusowej w Dompu. Było tam sporo dzieci kręcących się dookoła, jedne pomagały w handlu drobnymi przękąskami swoim mamom, inne po prostu tam były i spędzały swoje dzieciństwo w niesfornej i wesołej grupce, z której jeden dwunastolatek częstował mnie arakiem.
Widoki, które nas spotkały po drodze były wyborne, wręcz znakomite. Przebijaliśmy się wąską drogą wśród gęstej i zielonej dżungli w pobliżu morza. Z czasem przeistoczyła sie ona z małej, ale asfaltowej ścieżki w kamienistą rzeźnię dla zawieszenia, w której resztki resztek asfaltu były skrupulatnie omijane ze względu na zbyt dużą intensywność zmysłowych doznań. Z powodów bezpieczeństwa postanowiłem więc odłożyć w czasie dokończenie konsumpcji jednej z bułeczek a la pasztecik, czyli słodkiej bułki z nadzieniem w stylu jakiegoś mięska z grzybkami albo czymś podobnym. Nie wiem dokładnie z czym to było, ale jak na swoje wymiary ważyło sporo. Było to dobre rozwiązanie nie tylko ze względu na mogące wystąpić animozje żołądkowe, ale również na możliwość przycięcia języka jak wtedy gdy przywaliłem razem z innymi pasażerami głową w sufit. Dlatego, pomimo tego, że autobus był pełen co oznaczało, że jego stan osobowy wynosił ok. 130% maksymalnego warto było mieć obie ręce wolne w walce o utrzymanie bezpiecznej pozycji siedzącej. Jeszcze gęściej we wnętrzu zrobiło się kiedy zaczęło padać, bo kilka osób, które do tej pory spędzały podróż na dachu wskoczyło do środka. Później już nie lasy równikowe, ale szerokie beżowe pola z pojedynczymi zielonami drzewami cieszyły nasze oczy. Droga cały czas była fatalna, a ja byłem zachwycony. Po dojechaniu do Calabai przerzuciliśmy się na mototaksówki, aby przedostać się do wsi Pancasila, z której wyrusza sie na Tamborę. I tym razem droga była okropna uosabiając najgorsze odcinki trasy z Dompu do Calabai. Po około dziesięciu minutach wysadzono nas przy tabliczce z namalowanym napisem „Tambora Trekking Centre”. Za nią porozwieszane na sznurku ciuchy, kobieta z dzieckiem na rękach i skromny domek z blaszaną dachówką. Obrazu dopełniała drewniana wygódka ustawiona kilka metrów od domu. To wszystko w bezpośrednim sąsiedztwie pastwiska dla krów i koni. Z marketingowego punktu widzenia w nazwie brakowało tylko słowa „International” albo może lepiej „Global”. W środku pokazano nam książkę gości, z której wynikało, że ostatni turyści byli tutaj około dwa tygodnie wcześniej, a w sumie około 200 osób w ciągu ostatniego roku się do niej wpisało. Niestety, trekking trwa dwa dni, jedną noc spędzoną w namiotach, a cena zazwyczaj wynosi około 500 zł. Była to cena tak astronomiczna, że widziana z kosmosu. Oczywiście, można by po prostu pójść na przebój i spróbować samemu wspiąć się na szczyt, ale nie kiedy wędrówka trwa dwa dni i trzeba po drodze spędzić gdzieś noc. Tak czy siak, ze względu na zaplanowany lot powrotny nie mogliśmy poświęcić tyle czasu na trekking. Szkoda, sama podróż do tej wsi była bardzo urokliwa, ale fakt, że nie wspiemy się na Tamborę to trochę tak jak podrywanie Herbuś, a skończenie z Jolą Rutowicz. Cóż, pijawki musiały poczekać na świeżą krew. Przeszliśmy się jeszcze po wiosce, obejrzeliśmy krzewy kawy i małpki skaczące po drzewach.
Z samego rana pożegnaliśmy wioskę i ruszyliśmy w drogę powrotną publicznym autobusem. Tym razem towarzyszyło nam dziewięc kóz na dachu i jedna kura przywiązana do siedzenia, pałętająca się pomiędzy nogami Hanii. Droga – oczywiście - piekielnie zniszczona i wyboista, a zarazem niewyobrażalnie piękna i relaksująca. No dobra, relaksująca to jest kąpiel w jacuzzi w pachnącym konwaliami ogródku w słoneczny letni dzień a nie podróż przez wertepy przepełnionym autobusem czwartej jakości, w którym prawie wszyscy palą papierosy, ale jak się nie ma co się lubi...


poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Skazany na Tajów

Nie było mnie przez dłuższy czas co mogę tłumaczyć tym, że nie działo się nic ciekawego o czym mógłbym napisać (aaaa, kłamczuszek ze mnie...). Z lenistwa czy też braku weny wziąłem sobie wolne. Postanowiłem jednak, że dosyć już leżenia na basenie, popijania schłodzonego Mojito kiedy kelner przeciera moje okulary przeciwsłoneczne, a ja staram się ostudzić zapały odpoczywających modelek i dlatego udałem się w podróż i powracam z opisem tego co wydarzyło się w stolicy kulturalnej Jawy czyli Yogyakarcie. Do Yogyakarty pojechałem razem z trzema Tajkami i w ramach cięcia kosztów mieszkałem również z Tajami. Jak się okazuje przebywanie z grupką Tajów to dość specyficzne doświadczenie o czym za chwilę.
***
Yogyakarta to prawie trzymilionowe miasto i chyba główny ośrodek turystyczny na Jawie ze względu na blisko położone kompleksy świątyń Borobudur , Prambanan jak i Pałac Sułtański w samym mieście. W zwiedzaniu pałacu nie było nic specjalnie ciekawego ani inspirującego poza spotkaniem uśmiechającego się geja oraz odkrywaniu liczby dzieci kolejnych sułtanów (5 – mało, 27 - chcemy więcej, 87 – TAK!!!). Pałac Sułtański jest położony w pobliżu głównej turystycznej ulicy – Malioboro. Przy niej dziesiątki riksz, setki sklepów z batikiem i tysiące pamiątek. W bocznych uliczkach liczne hotele, restauracje oraz agencje turystyczne. I mimo, ze przechadzałem sobie ulicami sam na pewno samotnie czuć się nie mogłem. Jak zwykle w Indonezji zawsze znajdzie się ktoś kto będzie chciał pogadać. A to jakiś pracownik biura podróży będzie chciał mi wcisnąć jakąś wycieczkę, a to ktoś mnie zapyta dokąd idę, ktoś tam po paru minutach rozmowy wspomni coś o prostytutkach albo będzie chciał sprzedać batik. Usiądziesz, ktoś podejdzie zapyta skąd jesteś, itd., itp.
***
Borobudur zwiedziałem już w towarzystwie trzech Tajek. Świątynia jak na światowej sławy dziedzictwo kulturalne ludzkości nie zachwyciła. Och, ładny widok z góry ot, co. Dość szybko ją opuściliśmy i udaliśmy się w kierunku wyjścia z obiektu. Nie było to jednak łatwe, gdyż zostaliśmy zaatakowani przez hordę sprzedawców rupieci. Gdy nas zobaczyli natychmiast poczuli zapach świeżej gotówki i ruszyli bezlitośnie jak armia Turków Seldżuckich. Gdyby Biblię pisano dzisiaj sprzedawcy pod Borobudur mogliby być jedną z plag egipskich. Nie ma dla nich takich słów jak „nie chcę”, „nie podoba mi się”, jest tylko „ile?”. Myślałem, że to na mnie skupi się uwaga, a
Tajki będą chciały jak najszybciej uciec. Byłem w wielkim błędzie. Tajki były po prostu w swoim żywiole. Zestawy drewnianych ludzików, łyżeczki, figurki, maski, wachlarze i wiele innych, wszystko znikało z torb sprzedawców. W obłędzie tego chaosu ten sam sprzedawca oferował ten sam przemiot dwóm różnym osobom stojącym od siebie w odległości jednego do dwóch metrów w dwóch różnych cenach. Na przykład mi oferował statuetkę buddy za 3 złote, która po trzech minutach została kupiona przez jedną z Tajek za 6 złotych o czym dowiedziałem się po fakcie. Obładowani pakunkami jak hinduscy tragarze wystartowaliśmy ponownie chcąc przebrnąć do wyjścia. Naiwnością byłoby przypuszczać, żeby dano nam spokój. Ci sami jak i nowi sprzedawcy krzyczeli i przyklejali się do nas z determinacją głodnego komara. Już darowałem sobie jakiekolwiek słowa i parłem do przodu, a ceny spadały z kolejnymi metrami. Ci którzy dorwali Tajki (uznaliśmy, że mamy większe szanse powodzenia jeśli się wszyscy rozdzielimy) mieli więcej szczęścia i sfinalizowali jeszcze kilka transakcji. Z tego wszystkiego na koniec mieliśmy jeszcze problemy z odnalezieniem się nawzajem, ale wszystko dobrze się skończyło i ruszyliśmy z powrotem do Yogyakarty, a dokładniej pojechaliśmy odwiedzić ponownie ulicę Malioboro.
***
Jestem pełen podziwu wobec silnej woli Tajek do robienia zakupów. Jako, że uznałem iż sam nie będę nic kupował to może przynajmniej wykorzystam moje zdolności negocjacyjne i pomogę Tajkom kupić kilka rzeczy taniej. Niestety, moje działania nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Nikt nie chciał zejść z ceny za możliwość zrobienia sobie ze mną zdjęcia ani ofertę numeru telefonów do Tajek. Próbowałem również metody „na biednego studenta”, wykorzystałem kilka zwrotów wyuczonych na Bali i Lombok, ale były to wysiłki na marne. Tak czy siak miałem z tego sporo radości.
Po powrocie do naszego przybytku i przejrzeniu zdobyczy z całego dnia oddaliśmy się oglądaniu tajskich filmów.
***
Muszę przyznać, choć widziałem zaledwie jeden tajski film oraz jeden serial, a z drugiej strony tylko jeden film indonezyjski (ale za to dwa razy vide Good Bye Jakarta), że kinematografia tajska bije kinematografię indonezyjską na głowę. W filmie indonezyjskim bito się kijami, w tajskim używa się pistoletów z taką częstotliwością z jaką Kubuś Puchatek prosi o miód, a krew leje się wiadrami.
- Głupie, prawda? – zapytała mnie Tajka gdy ciężarówka wjechała w budkę telefoniczną, w której płacząca kobieta telefonowała do swojego kochanka – W naszych filmach tak często.
Wątki miłosne są tak samo powszechne w Indonezji jak i w Tajlandii z tymże w filmach Indonezyjskich zazwyczaj wiążą się ze zdradą i płaczem. W Tajlandii jest to natomiast najczęściej zdrada i zemsta albo na obiekcie westchnień albo na konkurentce – tak czy siak ktoś musi umrzeć.
***
Prambanan to kolejna światowej sławy świątynia niedaleko Yogyakarty. Według mnie z ciekawszą architekturą niż Borobudur. Ponadto brak tutaj tak natrętnych sprzedawców jak na Borobudur. Jeśli ktoś ma ochotę na pamiątkę może ją sobie kupić w jednym z wielu sklepików z rupieciami. Co ciekawe Tajki nie były zainteresowane oglądaniem żadnych bibelotów! Dopiero, gdy usiedliśmy na macie na chodniku i zaczęliśmy pić kokosy Tajki zwerbalizowały swoje myśli dotyczące powrotu na Malioboro, gdzie widziały parę rzeczy, które chciałyby jeszcze kupić. Tak więc z jeszcze dodatkowymi tabołami breloczków, koszulek, tandetnych sukienek i innych „precjozów” około wieczora ruszyliśmy do naszej bazy by tam w towarzystwie kolejnych Tajów, posilając się tajskim jedzeniem i oddając się tajskim konwersacjom przeczekać na samochód, który zabrał nas z powrotem do Malang.

sobota, 20 lutego 2010

Szkoła

Mark Twain powiedział kiedyś, że nigdy nie pozwolił szkole przeszkodzić w jego edukacji. Coż, jeśli myślicie podobnie to Indonezja może być dobrym wyjściem. Ludzie z zachodu na pewno nie przyjeżdżają tutaj dlatego, że poziom nauczania jest wysoki. Wręcz przeciwnie – jeśli chodzi o stypendystów Darmasiswy to nie pozwalają szkole pokrzyżować planów wycieczek czy zwykłego lenistwa. Ja również nie grzeszyłem wysoką frekwencją na zajęciach w pierwszym semestrze, ale czego można oczekiwać jeśli zaczynały się one o ósmej rano! Mimo to miło wspominam zajęcia z języka indonezyjskiego z moją nauczycielką, tajką Mem oraz madagaskarką Fy (vide Kapela J-Rock i nocne życie miasta). Jednak prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero w drugim semestrze. W tymże mieliśmy dołączyć do normalnych zajęć z Indonezyjskimi studentami. Wybrałem trzy przedmioty, ale z różnych przyczyn technicznych pozostałem na jednym. Tak więc dwa razy w tygodniu uczęszczam na zajęcia z pisania opowiadań. Wraz z Mem, Fy oraz grupką około czterdziestu Indonezyjczyków słuchamy dowcipów pana Syukura i oglądamy jego oczęta, które zawsze wytrzeszcza gdy żartuje albo o coś pyta. A pyta często: No to może Chris opowiesz nam jakie są różnice między ludźmi ze wsi i z miasta? Masz jakiś pomysł Chris? Coś przyszło ci do głowy Chris? Jakbyś to rozwiązał? Deszcz wpada przez otwarte okno do środka – co czujesz Chris?
***
Tutaj mała dygresja. Zdaję sobie sprawę, że polski język dla większości obcokrajowców to trudny język i wymówienie Krzysztof/Krzysiek to nie lada wyzwanie. Dlatego podczas wojaży po USA zawsze się przedstawiałem jako Chris co szybko było podłapywane przez Amerykanów jak i zresztą również Polaków. Przyjeżdżając do Indonezji również przedstawiam się jako Chris (co po indonezyjsku zapisuje się raczej jako Krys) i wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że nagminnie, nagminnie dodaje mi się na końcu imienia literę „t”! Czy ja wyglądam jak jakiś stolarz sprzed dwóch tysięcy lat?
***
Na lekcjach nie wszystko rozumiem więc brzmi ona dla mnie jak konferencja hydraulików. Nie mniej jest to na pewno ciekawsze niż słuchanie zamykania drzwi autobusu linii 168. Dostajemy również do zrobienia zadania domowe. Pierwszym z nich było wybrać sobie jakikolwiek przedmiot i napisać jego żywy opis. Żywy opis, czyli opis z wykorzystaniem – jak to kiedyś określił promotor mojej pracy licencjackiej – upiększaczy. Przystąpiłem do tego zadania z dużym zapałem i po zjedzeniu obfitego posiłku, dwóch godzinach odpoczynku i przesłuchaniu symfonicznej płyty Metallici przystąpiłem do dzieła. Po czterech, a może pięciu godzinach misternego tłumaczenia kolejnych słów moja praca była jako tako ukończona. Dwanaście zdań. Każde o innej treści. Doskonałe w swojej budowie i oczywiście nic nie wnoszące. Następnego dnia udałem się na zajęcia.
***
Zgodnie z przewidywaniami Pak Syukur wyrwał mnie do przeczytania tego co napisałem:

Szklanka. Tak, szklanka stojąca na stole. Z daleka taka sama jak każda szklanka na świecie. Przeciętnej wielkości, łatwa w trzymaniu, z motywem kwiatka. Ale kiedy przyjrzymy się jej bliżej wszystko się zmienia. Na połowie wysokości jest rysa, która ciągnie się na całej szerokości i wygląda jak poprzebijane niby nożem budynki w Padang po trzęsieniu ziemi. Teraz, prawda zaczyna płynąć wodospadem gryzących i szczpiących szczegółów. Wszystko wskazuje na niesamowitą zbieżność. Druzgocącą i złą, tak okropną w swoich implikacjach, że może oznaczać tylko coś niesamowicie strasznego. Kiedy złapiesz szklankę z góry okazuje się, że składa się ona z dwóch części: części górnej oraz części dolnej lub jak sławny filozof Arthur Schopenhauer powiedziałby: z części wyższej oraz części niższej. To jak ying-yang, dwie połówki szklanki tworzą fantastyczną całość. Wzajemnie się uzupełniają dając dziką radość z posiadania oraz używania tego arcydzieła.

Gdyby jeszcze dałoby się z niej pić...


Kiedy skończyłem ktoś tam zabił brawo, ktoś chrząknął, ale większość twarzy przybrała obraz, który nie wyrażał zupełnie niczego. Mój nauczyciel przystąpił jednak do próby interpretacji mojego opisu, mówiąc, że przedstawiłem całą filozofię szklanki. Inaczej mówiąc, coś co zawarłem w opisie, a miało stanowić głupi dowcip (podział Schopenhauera na część wyższą i niższą) okazało się mieć dla mojego nauczyciela dużą wartość i przez kilka następnych minut mówił o czymś głębokim i przejmującym z czego na szczęście niewiele rozumiałem. I nie chciałem rozumieć.


sobota, 13 lutego 2010

Sumatra - kontynuacja

Ze wzgledu, tym razem, na problemy techniczne troszke opoznila sie publikacja tego postu. Musialem oddac komputer do serwisu, na szczescie udalo sie uratowac dane w tym ten post, komputer rowniez dziala. Jedynym problemem pozostaje kwestia polskich slaczkow, ktore niestety nie sa stosowane ani w jezyku angielskim ani indonezyjskim. Nie chcialem juz dluzej przeciagac publikacji tegoz posta dlatego znajdziecie w nim kilka takich "niedociagniec".
***
W Jambi pozostałem jeszcze jeden dzień. Jedna ze studentek, która była również organizatorką seminarium zaprosiła mnie do siebie. Tam zobaczyłem domy na palach. Jeszcze tydzień wcześniej żeby dostać się do domów podpływało się małymi łódkami, w które większość domów na te ewentualnosc wyposażone. Powiedziałem, że to podobnie jak w Wenecji co zostało przyjęte z zadowoleniem.Byłem w domu, w którym produkuje się batik. Ze względu na moją skrupulatność oraz rzeszę czytelników zainteresowanych technikaliami zrobiłem dokładny risercz w tym temacie, żeby precyzyjnie i bez dwuznaczności przedstawić wam technikę jak i proces powstawania batiku. Jak przeczytałem dwie minuty temu na wikipedii polega to na tym, że chlapie się jakimś gorącym woskiem po bawełnianej szmacie, a potem próbuje się to komuś wcisnąć. Siedemdziesięcioletnia kobieta pokazała mi jak chlapać, żeby nie zachlapać, ale mi nie szło więc przenieśliśmy się zobaczyć kolejne etapy produkcji piętro wyżej. Ogólnie rzecz biorąc, aby wyprodukować jedną szmatkę potrzeba jednego miesiąca pracy, ale mimo wszystko głównie przerwy na kawę i czekania. W trakcie miesiąca taki jeden dwupiętrowy domek z kilkoma pracownicami produkuje 100-110 szmatek.
W Jambi, jak sami studenci i nauczyciele przyznali nie ma nic specjalnego do zobaczenia dlatego udałem się jakieś 400 kilometrów na zachód do największego miasta w zachodniej Sumatrze – Padang.
***
Sumatra to wyspa, która ucierpiała w 2004 roku z powodu trzęsienia ziemi oraz tsunami, w wyniku którego na północy, w rejonie Banda Aceh śmierć poniosło około dwieście tysięcy osób. 30 września 2009 roku trzęsienie ziemi zebrało swoje żniwo także w Padang. Zginęło kilkaset osób, a przechodząc ulicami można wciąż oglądać zawalone domy. Inne budynki także są zniszczone. Część z nich w jakiś tam ograniczony sposób funkcjonuje jak na przykład jeden z domów handlowych, w którym działa tylko parter a z góry spada na glowy woda. Inne zostały pozostawione same sobie. I tak, kilkupiętrowy hotel, jeden z bardziej eksluzywnych w Padang, w wielu miejscach poprzecinany jest jakby ogromnym nożem i stoi opuszczony w centrum miasta stanowiąc najlepsze świadectwo niebezpieczeństwa jakie może wywołać naturalne zjawisko.
***
W mojej opinii Padang i bezpośrednie okolice rowniez nie miały wiele do zaoferowania w kontekście ciekawych obiektów przyrody dlatego potraktowałem to miasto jedynie jako miejsce, w którym spędzę jedną noc , wynajmę skuter i ruszę dalej. Za to blisko mojego hotelu znalazłem przyjemne restauracje, w których mogłem nieźle zjeść i kogoś spotkać.
***
Trzy studentki angielskiego szukały białego obcokrajowca, który je przepyta z atrakcji turystycznych w Padang i wystawi ocenę, która będzie miała wpływ na ocenę końcową na uniwersytecie. To je przepytałem. Co prawda tylko jedna z nich mówiła nieźle po angielsku, drugą ledwo rozumiałem, a trzecia właściwie po angielsku się nie odzywała, ale przyjąłem na tyle elastyczny system oceniania, że wszystkie zdały celująco. Jak zwykle w takich sytuacjach, czyli przy interview prowadzonym przez indonezyjczyków ze mną zrobiliśmy sobie zdjęcia udowodniające to wspaniałe wydarzenie. Poszliśmy od razu do punktu fotograficznego by je wydrukować, a ja dostałem kilka upominków.
***
Kiedy wyjeżdżałem z Padang byłem w dobrym humorze. Gorąco, słońce, malownicza góra po prawej, niezła droga i poczucie wolności. Angkoty, czyli publiczne busy, które okazały się być dla mnie nie lada atrakcją ze względu na zmienione nadwozie (zobacz zdjęcie) zatrzymywały się na poboczu, żeby zabrać nowych pasażerów albo pozwolić wysiąść tym będącym w środku. Autobusy na dłuższe trasy także miały swój styl choć pojazdy wykolorowane w motywy z amerykańskich kreskówek mogą nie wszystkim przypaść do gustu (zobacz zdjęcie).
Padang mam już parę kilometrów za sobą, wciąż czuję tę tajemniczą radość z jazdy pośród bujnej roślinności głębokiej zieleni zestawionej z żółto-brązowym kolorem piasku, błota oraz rzek w porze deszczowej, wyjeżdżam zza zakrętu a na mojej drodze pojawia się policjant i pokazuje kolejnym pojazdom gdzie mają się zatrzymać. Pokazał także i mi i wskazał jedynej w towarzystwie policjantce, żeby się mną zajęła.
- Cholera, trzeba dać łapówkę – pomyślałem i zadałem sobie zasadnicze pytanie: Powinienem dać wszystkim policjantom w pobliżu czyli kilku osobom czy tylko jej?
Otwieram przyciemnioną szybkę kasku:
- Good Morning Mister – mówi zaskoczona i bardzo uśmiechnięta - Czy masz, hmm.... – szuka słowa w języku angielskim, ale wiem, że go nie znajdzie. Indonezyjczycy może są i dobrzy kiedy trzeba śpiewać podjazdem do utworu muzycznego w heksatonicznej skali całotonowej wśród przyjaciół ubranych w obcisłe dżinsy w karaoke z zapominającą o złożonym zamówieniu na napoje obsługą, ale jeśli chodzi o mówienie po angielsku to rzadko jest z tym dobrze. Widzę, że nie może sie wyslowic więc wyciągam kartę rejestracyjną i pokazuję ją jakbym się przechwalał licząc na to, że to wystarczy.
- Dobrze! A czy masz SIM? (indonezyjskie prawo jazdy)
- Cholera – znowu pomyślałem i zacząłem wchodzić w rolę. -A co to takiego? – zapytałem niewinnie i zrobiłem usta w dzióbek.
Jakiś inny zatrzymany indonezyjczyk pomachał mi swoim prawem jazdy i zostałem zaproszony do jej kolegów kilka metrów dalej, a ja zacząłem zastanawiać się, jaki dokument pokazać: polską legitymację studencką, indonezyjską – nie, to głupie, legitymację ISIC, kartę Rodzyinka, aaaa niech mają mój dowód osobisty. Policjant oparty o bagażnik samochodu oglądał obojętnie mój dowód to z jednej to z drugiej strony. W tym czasie rozmawiałem z policjantką o moim pochodzeniu, o tym, że jestem nauczycielem w Polsce, przyjechałem pozwiedzać, zacząłem mówić o tych wielu
interesujących wodospadach i innych miejscach, które są niedaleko Bukit Tinggi, do którego zmierzałem. Zdecydowałem się nawet zdjąć kask, żeby zabłysnąć blondem i to już chyba przechyliło czarę.
- Ok, Mister. Nie rozumiem cię. Jedź – powiedziała twardym angielskim.
- Dziękuję.
***
Dwa dni później w drodze powrotnej znowu ich spotkałem tym razem jednak w innym miejscu. Jechałem wtedy między dwoma ciężarówkami, które zjechały na pobocze na znak policjanta. Ja nie byłem pewien czy policjant również mi kazał zjechać (na pewno tak), popatrzyłem tylko w lusterko czy się mną zainteresował i spokojnie pojechałem dalej do Padang, z ktorego mialem odleciec w domowe pielesze.