sobota, 20 lutego 2010

Szkoła

Mark Twain powiedział kiedyś, że nigdy nie pozwolił szkole przeszkodzić w jego edukacji. Coż, jeśli myślicie podobnie to Indonezja może być dobrym wyjściem. Ludzie z zachodu na pewno nie przyjeżdżają tutaj dlatego, że poziom nauczania jest wysoki. Wręcz przeciwnie – jeśli chodzi o stypendystów Darmasiswy to nie pozwalają szkole pokrzyżować planów wycieczek czy zwykłego lenistwa. Ja również nie grzeszyłem wysoką frekwencją na zajęciach w pierwszym semestrze, ale czego można oczekiwać jeśli zaczynały się one o ósmej rano! Mimo to miło wspominam zajęcia z języka indonezyjskiego z moją nauczycielką, tajką Mem oraz madagaskarką Fy (vide Kapela J-Rock i nocne życie miasta). Jednak prawdziwa zabawa zaczęła się dopiero w drugim semestrze. W tymże mieliśmy dołączyć do normalnych zajęć z Indonezyjskimi studentami. Wybrałem trzy przedmioty, ale z różnych przyczyn technicznych pozostałem na jednym. Tak więc dwa razy w tygodniu uczęszczam na zajęcia z pisania opowiadań. Wraz z Mem, Fy oraz grupką około czterdziestu Indonezyjczyków słuchamy dowcipów pana Syukura i oglądamy jego oczęta, które zawsze wytrzeszcza gdy żartuje albo o coś pyta. A pyta często: No to może Chris opowiesz nam jakie są różnice między ludźmi ze wsi i z miasta? Masz jakiś pomysł Chris? Coś przyszło ci do głowy Chris? Jakbyś to rozwiązał? Deszcz wpada przez otwarte okno do środka – co czujesz Chris?
***
Tutaj mała dygresja. Zdaję sobie sprawę, że polski język dla większości obcokrajowców to trudny język i wymówienie Krzysztof/Krzysiek to nie lada wyzwanie. Dlatego podczas wojaży po USA zawsze się przedstawiałem jako Chris co szybko było podłapywane przez Amerykanów jak i zresztą również Polaków. Przyjeżdżając do Indonezji również przedstawiam się jako Chris (co po indonezyjsku zapisuje się raczej jako Krys) i wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że nagminnie, nagminnie dodaje mi się na końcu imienia literę „t”! Czy ja wyglądam jak jakiś stolarz sprzed dwóch tysięcy lat?
***
Na lekcjach nie wszystko rozumiem więc brzmi ona dla mnie jak konferencja hydraulików. Nie mniej jest to na pewno ciekawsze niż słuchanie zamykania drzwi autobusu linii 168. Dostajemy również do zrobienia zadania domowe. Pierwszym z nich było wybrać sobie jakikolwiek przedmiot i napisać jego żywy opis. Żywy opis, czyli opis z wykorzystaniem – jak to kiedyś określił promotor mojej pracy licencjackiej – upiększaczy. Przystąpiłem do tego zadania z dużym zapałem i po zjedzeniu obfitego posiłku, dwóch godzinach odpoczynku i przesłuchaniu symfonicznej płyty Metallici przystąpiłem do dzieła. Po czterech, a może pięciu godzinach misternego tłumaczenia kolejnych słów moja praca była jako tako ukończona. Dwanaście zdań. Każde o innej treści. Doskonałe w swojej budowie i oczywiście nic nie wnoszące. Następnego dnia udałem się na zajęcia.
***
Zgodnie z przewidywaniami Pak Syukur wyrwał mnie do przeczytania tego co napisałem:

Szklanka. Tak, szklanka stojąca na stole. Z daleka taka sama jak każda szklanka na świecie. Przeciętnej wielkości, łatwa w trzymaniu, z motywem kwiatka. Ale kiedy przyjrzymy się jej bliżej wszystko się zmienia. Na połowie wysokości jest rysa, która ciągnie się na całej szerokości i wygląda jak poprzebijane niby nożem budynki w Padang po trzęsieniu ziemi. Teraz, prawda zaczyna płynąć wodospadem gryzących i szczpiących szczegółów. Wszystko wskazuje na niesamowitą zbieżność. Druzgocącą i złą, tak okropną w swoich implikacjach, że może oznaczać tylko coś niesamowicie strasznego. Kiedy złapiesz szklankę z góry okazuje się, że składa się ona z dwóch części: części górnej oraz części dolnej lub jak sławny filozof Arthur Schopenhauer powiedziałby: z części wyższej oraz części niższej. To jak ying-yang, dwie połówki szklanki tworzą fantastyczną całość. Wzajemnie się uzupełniają dając dziką radość z posiadania oraz używania tego arcydzieła.

Gdyby jeszcze dałoby się z niej pić...


Kiedy skończyłem ktoś tam zabił brawo, ktoś chrząknął, ale większość twarzy przybrała obraz, który nie wyrażał zupełnie niczego. Mój nauczyciel przystąpił jednak do próby interpretacji mojego opisu, mówiąc, że przedstawiłem całą filozofię szklanki. Inaczej mówiąc, coś co zawarłem w opisie, a miało stanowić głupi dowcip (podział Schopenhauera na część wyższą i niższą) okazało się mieć dla mojego nauczyciela dużą wartość i przez kilka następnych minut mówił o czymś głębokim i przejmującym z czego na szczęście niewiele rozumiałem. I nie chciałem rozumieć.


sobota, 13 lutego 2010

Sumatra - kontynuacja

Ze wzgledu, tym razem, na problemy techniczne troszke opoznila sie publikacja tego postu. Musialem oddac komputer do serwisu, na szczescie udalo sie uratowac dane w tym ten post, komputer rowniez dziala. Jedynym problemem pozostaje kwestia polskich slaczkow, ktore niestety nie sa stosowane ani w jezyku angielskim ani indonezyjskim. Nie chcialem juz dluzej przeciagac publikacji tegoz posta dlatego znajdziecie w nim kilka takich "niedociagniec".
***
W Jambi pozostałem jeszcze jeden dzień. Jedna ze studentek, która była również organizatorką seminarium zaprosiła mnie do siebie. Tam zobaczyłem domy na palach. Jeszcze tydzień wcześniej żeby dostać się do domów podpływało się małymi łódkami, w które większość domów na te ewentualnosc wyposażone. Powiedziałem, że to podobnie jak w Wenecji co zostało przyjęte z zadowoleniem.Byłem w domu, w którym produkuje się batik. Ze względu na moją skrupulatność oraz rzeszę czytelników zainteresowanych technikaliami zrobiłem dokładny risercz w tym temacie, żeby precyzyjnie i bez dwuznaczności przedstawić wam technikę jak i proces powstawania batiku. Jak przeczytałem dwie minuty temu na wikipedii polega to na tym, że chlapie się jakimś gorącym woskiem po bawełnianej szmacie, a potem próbuje się to komuś wcisnąć. Siedemdziesięcioletnia kobieta pokazała mi jak chlapać, żeby nie zachlapać, ale mi nie szło więc przenieśliśmy się zobaczyć kolejne etapy produkcji piętro wyżej. Ogólnie rzecz biorąc, aby wyprodukować jedną szmatkę potrzeba jednego miesiąca pracy, ale mimo wszystko głównie przerwy na kawę i czekania. W trakcie miesiąca taki jeden dwupiętrowy domek z kilkoma pracownicami produkuje 100-110 szmatek.
W Jambi, jak sami studenci i nauczyciele przyznali nie ma nic specjalnego do zobaczenia dlatego udałem się jakieś 400 kilometrów na zachód do największego miasta w zachodniej Sumatrze – Padang.
***
Sumatra to wyspa, która ucierpiała w 2004 roku z powodu trzęsienia ziemi oraz tsunami, w wyniku którego na północy, w rejonie Banda Aceh śmierć poniosło około dwieście tysięcy osób. 30 września 2009 roku trzęsienie ziemi zebrało swoje żniwo także w Padang. Zginęło kilkaset osób, a przechodząc ulicami można wciąż oglądać zawalone domy. Inne budynki także są zniszczone. Część z nich w jakiś tam ograniczony sposób funkcjonuje jak na przykład jeden z domów handlowych, w którym działa tylko parter a z góry spada na glowy woda. Inne zostały pozostawione same sobie. I tak, kilkupiętrowy hotel, jeden z bardziej eksluzywnych w Padang, w wielu miejscach poprzecinany jest jakby ogromnym nożem i stoi opuszczony w centrum miasta stanowiąc najlepsze świadectwo niebezpieczeństwa jakie może wywołać naturalne zjawisko.
***
W mojej opinii Padang i bezpośrednie okolice rowniez nie miały wiele do zaoferowania w kontekście ciekawych obiektów przyrody dlatego potraktowałem to miasto jedynie jako miejsce, w którym spędzę jedną noc , wynajmę skuter i ruszę dalej. Za to blisko mojego hotelu znalazłem przyjemne restauracje, w których mogłem nieźle zjeść i kogoś spotkać.
***
Trzy studentki angielskiego szukały białego obcokrajowca, który je przepyta z atrakcji turystycznych w Padang i wystawi ocenę, która będzie miała wpływ na ocenę końcową na uniwersytecie. To je przepytałem. Co prawda tylko jedna z nich mówiła nieźle po angielsku, drugą ledwo rozumiałem, a trzecia właściwie po angielsku się nie odzywała, ale przyjąłem na tyle elastyczny system oceniania, że wszystkie zdały celująco. Jak zwykle w takich sytuacjach, czyli przy interview prowadzonym przez indonezyjczyków ze mną zrobiliśmy sobie zdjęcia udowodniające to wspaniałe wydarzenie. Poszliśmy od razu do punktu fotograficznego by je wydrukować, a ja dostałem kilka upominków.
***
Kiedy wyjeżdżałem z Padang byłem w dobrym humorze. Gorąco, słońce, malownicza góra po prawej, niezła droga i poczucie wolności. Angkoty, czyli publiczne busy, które okazały się być dla mnie nie lada atrakcją ze względu na zmienione nadwozie (zobacz zdjęcie) zatrzymywały się na poboczu, żeby zabrać nowych pasażerów albo pozwolić wysiąść tym będącym w środku. Autobusy na dłuższe trasy także miały swój styl choć pojazdy wykolorowane w motywy z amerykańskich kreskówek mogą nie wszystkim przypaść do gustu (zobacz zdjęcie).
Padang mam już parę kilometrów za sobą, wciąż czuję tę tajemniczą radość z jazdy pośród bujnej roślinności głębokiej zieleni zestawionej z żółto-brązowym kolorem piasku, błota oraz rzek w porze deszczowej, wyjeżdżam zza zakrętu a na mojej drodze pojawia się policjant i pokazuje kolejnym pojazdom gdzie mają się zatrzymać. Pokazał także i mi i wskazał jedynej w towarzystwie policjantce, żeby się mną zajęła.
- Cholera, trzeba dać łapówkę – pomyślałem i zadałem sobie zasadnicze pytanie: Powinienem dać wszystkim policjantom w pobliżu czyli kilku osobom czy tylko jej?
Otwieram przyciemnioną szybkę kasku:
- Good Morning Mister – mówi zaskoczona i bardzo uśmiechnięta - Czy masz, hmm.... – szuka słowa w języku angielskim, ale wiem, że go nie znajdzie. Indonezyjczycy może są i dobrzy kiedy trzeba śpiewać podjazdem do utworu muzycznego w heksatonicznej skali całotonowej wśród przyjaciół ubranych w obcisłe dżinsy w karaoke z zapominającą o złożonym zamówieniu na napoje obsługą, ale jeśli chodzi o mówienie po angielsku to rzadko jest z tym dobrze. Widzę, że nie może sie wyslowic więc wyciągam kartę rejestracyjną i pokazuję ją jakbym się przechwalał licząc na to, że to wystarczy.
- Dobrze! A czy masz SIM? (indonezyjskie prawo jazdy)
- Cholera – znowu pomyślałem i zacząłem wchodzić w rolę. -A co to takiego? – zapytałem niewinnie i zrobiłem usta w dzióbek.
Jakiś inny zatrzymany indonezyjczyk pomachał mi swoim prawem jazdy i zostałem zaproszony do jej kolegów kilka metrów dalej, a ja zacząłem zastanawiać się, jaki dokument pokazać: polską legitymację studencką, indonezyjską – nie, to głupie, legitymację ISIC, kartę Rodzyinka, aaaa niech mają mój dowód osobisty. Policjant oparty o bagażnik samochodu oglądał obojętnie mój dowód to z jednej to z drugiej strony. W tym czasie rozmawiałem z policjantką o moim pochodzeniu, o tym, że jestem nauczycielem w Polsce, przyjechałem pozwiedzać, zacząłem mówić o tych wielu
interesujących wodospadach i innych miejscach, które są niedaleko Bukit Tinggi, do którego zmierzałem. Zdecydowałem się nawet zdjąć kask, żeby zabłysnąć blondem i to już chyba przechyliło czarę.
- Ok, Mister. Nie rozumiem cię. Jedź – powiedziała twardym angielskim.
- Dziękuję.
***
Dwa dni później w drodze powrotnej znowu ich spotkałem tym razem jednak w innym miejscu. Jechałem wtedy między dwoma ciężarówkami, które zjechały na pobocze na znak policjanta. Ja nie byłem pewien czy policjant również mi kazał zjechać (na pewno tak), popatrzyłem tylko w lusterko czy się mną zainteresował i spokojnie pojechałem dalej do Padang, z ktorego mialem odleciec w domowe pielesze.

środa, 27 stycznia 2010

Sumatra - wstęp

Zanim przejdę do podróży na Sumatrę kilka słów o tym jak można w Indonezji spędzić święta oraz Nowy Rok. Ja już, tradycyjnie, w Wigilię byłem w gronie kilku przyjaciół na Gili Trawangan – wysepce położonej na zachód od Lombok. Tam zjedliśmy tradycyjną kolację złożoną z ziemniaków, kurczaka, sałatki, wina ryżowego oraz lodów. Przy akompaniamencie zespołu, który grał typowe dla tego specyficznego okresu utwory w stylu „Knockin’ on heaven’s door” oraz „Sweet home Alabama” oddawaliśmy się świątecznemu klimatowi. Potem przyszedł czas na spacer wzdłuż plaży oraz – oczywiście - dyskotekę z pijanymi obywatelami z całego świata. Ponadto, w trakcie dwóch tygodni objechaliśmy Lombok, spotkaliśmy Robinsona Cruzoe, doświadczyłem pierwszego wypadku motocyklowego, następnie dalej podróżowaliśmy, miałem drugi wypadek, a Sylwestra spędziłem na Bali. Przekonałem się również, że podróżowanie auto/motostopem po Indonezji to bułka z masłem dla białego, z zabandażowanym dla większego efektu kolanem i ręką. W aptece pytałem również o czarną opaskę na oko jaką noszą piraci, ale nie mieli.
***
Sumatra, a przede wszystkim ludzie z Jambi – miasta na wschodzie Sumatry, okazali się być dla mnie bardzo gościnni. Od początku byłem tam prowadzony za rękę i traktowany jak jedynak. Gorzej było w innych kwestiach. Indonezyjczycy może są i dobrzy kiedy chodzi o przyrządzenie pieczonego kurczaka w słodkim keczapie dla dwóch osób wieczorem przy ruchliwej ulicy w towarzystwie żebraków, kotów i grajka, który z zagranicznych przebojów zna tylko jedną piosenkę Carlosa Santany, ale jeśli chodzi o sprawy organizacyjne to bywa z tym u nich raczej kiepsko.
Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z jedną z osób związaną z międzynarodowym seminarium, w którym miałem uczestniczyć powiedziano mi, że temat brzmi „Jak spowodować poprawienie zdolności mówienia i czytania w języku angielskim wśród uczniów szkół średnich”. Moje przemówienie miało trwać 5 godzin, a publiczność składać się głównie z nauczycieli języka angielskiego. Na trzy dni przed seminarium otrzymałem informację, a dokładniej zmusiłem Komitet do przekazania mi dokładnego planu, z którego okazało się, że mam przeznaczone 3 godziny (dobrze), ale zmienił mi się temat (niedobrze). W dniu seminarium znowu się trochę namieszało. Oczywiście w tamtym momencie miałem to już gdzieś, nie wiedziałem o co im chodzi, ale jestem już w Indonezji na tyle długo, że nie dziwi mnie, że coś nie idzie według planu, bo zwykle nie idzie. Spójrzmy na przykład na loty samolotów. Leciałem już w Indonezji samolotem sześć razy. Ile odleciało na czas? Jeden. Był to samolot z Padang do Dżakarty, który startował jako pierwszy tego dnia o godzinie szóstej rano! Inne, czy to o 8:30, 15:00 czy 19:00 – zawsze opóźnione przeciętnie o jedną godzinę.
***
Kiedy wszedłem do auli zaczęły grać fanfary, spikerka wypowiedziała nawet składnie moje imię i nazwisko i odbyło się krótkie przedstawienie taneczne.
Po kilku godzinach różnych przemówień oraz dwóch wykładach Indonezyjskich nauczycieli, które spędziłem głównie w pokoju hotelowym oraz na jedzeniu w restauracji przyszedł czas na mnie.
Zacząłem od podziękowań i kilku pytań do publiczności, z których okazało się, że jakieś 80% słuchaczy stanowili studenci. Druga sprawa, że w trakcie mojego wykładu koleżanka moderatorka poprosiła mnie, żebym mówił po indonezyjsku, bo wiele osób mnie nie rozumie. Odmówiłem. Nie wiem w takim razie czy moje słowa trafiły na podatny grunt i czy coś z nich urośnie. Na szczęście seminarium jest jak stolarz. Stolarz żyje, żyje, a potem umiera. Tak też jest z seminarium. Po półtorej godzinie powiedziano mi, żebym kończył, bo nie zostało nam dużo czasu. Nie ma problemu. Odpowiedziałem jeszcze na kilka rozsądnych pytań, obejrzałem przedstawienie i przez dwadzieścia minut pozowałem do zdjęć z hordami studentów. Byłem wytrwały i cierpliwy, odważnie i z pogodą ducha pokonywałem kolejne minuty życia. Byłem prawie jak Robinson Cruzoe...
***
Robinsona spotkaliśmy na małej wysepce zamieszkanej przez jedną rodzinę niedaleko Lombok. Popłynęliśmy tam, bo leżała zaledwie 100-200 metrów od Gili Nanggu, na której nocowaliśmy. Kiedy ujrzałem go po raz pierwszy siedział sam na plaży i grał na gitarze. Gitara była jego głównym dobytkiem poza paroma innymi rzeczami, które zdołał zmieścić w futerale. Meksykanin, od trzech lat w podróży. Na wyspę dostał się przypływając z Lombok siłą mięśni. Najpierw z Lombok na jedną wyspę. Potem znowu do wody aż do następnej, piechotką przy plaży, znowu do wody i po kilku kolejnych minutach był na wyspie, na której go spotkaliśmy. Kosztowało go to równowartość 1,5 zł, za który kupił kawałek styropianu, pogrzebania trochę w śmieciach, szczypty sprytu i odrobiny pracy w skonstruowaniu pływającej platformy, na której położył gitarę i którą ciągnął płynąc. Kiedy odpływaliśmy zarezerwowaną przez nas wcześniej łajbą zdziwił się:
- Nie zostaniecie na noc poimprezować?
- Musimy płynąć, bo łódka na nas czeka, a nie mamy tyle pieniędzy, żeby wynajmować kolejną.
- Byłoby dla was błogosławieństwem gdybyście nie mieli pieniędzy w Indonezji – powiedział po czym ruszył z gospodarzem wyspy do jego chatki.

cdn.

sobota, 19 grudnia 2009

Zbierając skały na Księżycu

Zaczerpnięte z „Modlitwy Żaby” Anthony de Mello:

"Jeden z tych nielicznych ludzi, którzy spacerowali po księżycu, opowiada, jak musiał zdusić w sobie instynkty artystyczne, kiedy się tam znalazł.
Pamięta, jak spoglądał na Ziemię i był zachwycony tym widokiem. Przez chwilę stał jak wryty, myśląc:
Potem szybko otrząsnął się z tego nastroju i powiedział sobie:

Są dwa rodzaje wychowania:
to, które uczy, jak zarobić na życie
i to, które uczy, jak żyć.
"
***
Jutro wyruszam na dwutygodniową przerwę świąteczną. Tym samym nowych postów w najbliższym czasie nie będzie. Do tej pory napisałem ich tysiące, a dokładniej dwadzieścia dwa (z czego dwa całkiem nieźle). Tym samym staję się kolejnym powodem, dla którego część z Was będzie musiała zasiąść przed telewizorem i obejrzeć „Kevin sam w domu”. Ponadto, otrzymałem propozycję pięciogodzinnego przemówienia w charakterze eksperta na temat, który jest mi raczej obcy w połowie stycznia na Sumatrze. Oczywiście ją przyjąłem, dlatego te dwa tygodnie, które mi pozostaną po powrocie ze „Świąt” poświęcę intensywnym przygotowaniom. Prawdopodobnie zostanę na Sumatrze dłużej niż jeden dzień więc znowu nie będzie wstrząsającego opisu wydarzeń z Indonezji.

Wszystkiego najlepszego.


piątek, 18 grudnia 2009

O jeden buch stąd

Było po ósmej rano, gdy leżałem w łóżku i obudziło mnie wycie tłumika motoru Marcina. Wstałem, wyszedłem z pokoju, otworzyłem drzwi na balkon i wyjrzałem na zewnątrz:
- Tak, tak może pan wywieść śmieci – powiedziałem Marcinowi i odwróciłem się w stronę drzwi.
- Panie, można wejść? – zaskomlał.
Rzuciłem mu klucze i wszedł na górę.
- To co jedziemy? – zapytał wchodząc do pokoju - Pogoda piękna, słoneczko świeci. Weź aparat, zjemy po drodze.
- Wiemy jak jechać?
- Mam mapę. Niestety kończy się ona na Malang, ale wiemy mniej więcej jak dojechać do Blitar, a potem będziemy pytać.
***
Sto siedemdziesiąt siedem kilometrów, cztery godziny, dwa tankowania albo jeden wielki czarny buch z rury wydechowej autobusu – tyle potrzeba, aby dotrzeć z Malang do Prigi Beach. Kiedy zobaczyłem Prigi po raz pierwszy byłem nieźle przybity. Śmierdziało rybami, a plaża nie wywoływała we mnie entuzjazmu. Przy zapewnieniach Marcina, że jest bardzo ładna wyglądała na marny dowcip. Kiedy więc spojrzałem na śmiejącego się Marcina zastanawiałem się czy to z powodu tego dość przeciętnego obrazu połączonego z powonieniem stada zdechłych ryb czy też wspomina zdarzenie sprzed kilkunastu sekund, gdy przeskoczyliśmy progi zwalniające z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Okazało się, że to drugie. Nic to, w pobliżu powinny być inne plaże, a póki co zostaniemy tutaj i pomyślimy co dalej.
***
Motyl trzepocząc brązowymi skrzydełkami przeleciał ponad nami niezdarnie walcząc z mokrym wietrzykiem dobiegającym z morza. Staliśmy przy motorkach w zieleni otoczeni szerokim horyzontem piasku, palm i wody. Słońce stało wysoko na ogromnym szafirowobłękitnym niebie upstrzonym z rzadka suchymi, puszystymi chmurkami niepokalanej białości. Powiew wiatru łechtał moją grzywkę i pojedyncze włosy rzucały własne cienie. Było spokojnie. Pojechaliśmy więc pojechać szukać jakieś knajpy.
***
- Witamy, witamy! – rozległy się głosy wokoło. Kilka osób ruszyło się ustawić nam stolik, dopasować krzesła i nas udobruchać. Podano nam dwa duże ciepłe piwa i w towarzystwie kilku Indonezyjczyków sączyliśmy je rozmawiając o niczym.
Kiedy wyjeżdżałem do Indonezji ludzie pytali mnie jak będę się dogadywał, przecież to zupełnie inny język, inna kultura, zwyczaje. Ale hej, dogaduję się jakoś ze swoją matką! Oczywiście bywają problemy w komunikacji i to częste, ale da się tutaj żyć bez znajomości języka.
Szczególnie ciekawą postacią był Indonezyjski niziołek. Mówił szybko pochłaniając kolejne sylaby z precyzją PacMana na Pegasusie. Przy tym wszystkim powtarzał jakiś dziwny balans ciałem i pląs nogami uzupełniając swoje taneczne ewolucje wytrzeszczaniem oczu i gładzeniem do tyłu pomalowanych na kolor blond włosów. Nie rozumiałem go tak jak nie rozumie się potrzeby robienia wykładów, oddawania prac domowych na czas albo jazdy określoną stroną jezdni.
Generalnie, towarzystwo w knajpie wyglądało na nieźle wstawione. Mimo, że była dopiero godzina czternasta, tańce i głośne karaoke płynęły w parze bez przerwy. Z pewnością było to ciekawe doświadczenie oglądać kilku rybaków oraz tańczące dziewczyny, ale my przyjechaliśmy w poszukiwaniu pięknych widoków i relaksującej wody. Mieliśmy dobre perspektywy, ponieważ powiedziano nam, że bardzo ładna plaża znajduje się jeden kilometr stąd tak więc rzuciliśmy pieniądze na stół i zbieraliśmy się do wyjścia.
Kelnerka nas zastopowała i powiedziała, żebyśmy poczekali na rachunek. Właściciel podał nam zwykłą, małą białą karteczkę, na której czarnym długopisem napisane było:
Piwo – 50 000
Miejsce – 30 000
Obsługa – 30 000
Razem – 120 000
- Co to jest? – zapytałem w ferworze zdumienia.
Tłumaczenia trwały kilka minut i skończyły się tym, że Marcin jeszcze raz rzucił na stół pięćdziesiątkę i powiedział, że więcej nie mamy i zapłacimy wieczorem. Oczywiście druga strona dobrze wiedziała, że to beznadziejna bujda, ale była to raczej psychologiczna wymówka niż prawdziwa przyczyna. Oni o tym wiedzieli i my o tym wiedzieliśmy. Było to dla obu stron łatwiejsze do przełknięcia niż przyznanie, że jedna strona chciała drugą oskubać.
***
Kiedy wieczorem poszukiwaliśmy miejsca na nocleg zjechaliśmy z ulicy wjeżdżając do czegoś co przypominało ładnie utrzymane miejsce noclegowe. Kiedy wyszedł nam na powitanie Indonezyjczyk pierwszym co przyszło mi do głowy było zapytać co tutaj podają do jedzenia. Za chwilę jednak z domu wyszedł starszy biały człowiek i okazało się, że on tu mieszka. Pół Anglik-pół Australijczyk, dziesięć lat spędził w Maroku po czym wrócił do Australii. Tam zaczęły „swędzić go stopy” i przyjechał do Indonezji. Jest nauczycielem w międzynarodowej szkole w Surabayi, a nieopodal Prigi Beach zbudował sobie dom. Od razu poczęstował nas zimnym piwem i chipsami, za które nie policzył nas ani rupii za usługę czy miejsce, zaczął palić namiętnie fajkę i gawędzić z nami. A pomiędzy kolejnymi pociągnięciami tytoniu wydawał odgłosy typu :Mmmm, Ooooo, Aaaaa oraz Yaaaa i machając głową jak dziobiący wróbel. Bez wątpienia był przykładem bezinteresownej gościnności, którą spotyka się od czasu do czasu, ale nie za często. Wskazał nam miejsce, w którym możemy się zatrzymać i o zachodzie słońca się pożegnaliśmy.
***
Nasz przybytek znaleźliśmy tuż przy plaży. Pojechaliśmy jeszcze na kolację i wróciliśmy z dwoma butelkami klasycznego taniego wina – Orang Tua. Po zebraniu sił poszliśmy we czwórkę na plażę. Przy delikatnych uderzeniach kropli deszczu oraz w towarzystwie błyskawicznych piorunów usiedliśmy w lekko kołyszącej się od fal przycumowanej do plaży łajbie. Tam przeczekaliśmy deszcz oraz oglądaliśmy nieporadne poczynania kilku innych osób, które próbowały rozpalić ognisko (vide Plaża Balekambang cz.I). Później, gdy już tamta grupka się poddała ognisko rozpaliło się jakby samo więc zmieniliśmy miejsce. Przy cieple palących się gałęzi wykrystalizowała się idea wstania wcześnie rano i wyruszenia na połów ryb z miejscowymi rybakami. Udaliśmy się spać, ustawiliśmy budzik na godzinę piątą rano i zasnęliśmy. O piątej rano Marcin wyłączył hałasujący budzik i spaliśmy dalej.
***
Rano wyruszyliśmy pobłąkać się po dżungli. Była to wędrówka bez celu czy- jak niektórzy mówią – bezcelna albo bezcłowa. Do czasu. Do czasu, gdy postanowiliśmy zdobyć dwa kokosy. Przy plaży jest mnóstwo palm kokosowych, z których można zdobyć owoce i sączyć mleczko. Po niekrótkich staraniach przy pomocy znalezionego na plaży wiosła zgarnęliśmy dwa kokosy i niczym ludzie pierwotni przemaszerowaliśmy z pożywieniem w kierunku osady, gdzie nastąpiła konsumpcja. Przy spożywaniu kokosów można minutą ciszy uczcić pamięć tych, którzy zginęli od jego uderzenia. Co roku z jego przyczyny śmierć ponosi około 100-150 osób na całym świecie. To jakieś dwa razy więcej więcej niż liczba zgonów na skutek nieudanej konsumpcji skrytobójczych orzeszków ziemnych, a to budzi respekt.
***
Przyszedł jeszcze czas na przejazd bez koszulek na plażę, pozdrawianie tubylców oraz wizytę na plaży. Tam po kąpieli, poznaniu kilku osób oraz pozowaniu do zdjęć i zjedzeniu świeżoupieczonej rybki udaliśmy się w drogę powrotną. Pędząc przed siebie i chowając się przed mrugającymi na nas długimi światłami samochodami dojechaliśmy do zmoczonego równikowym deszczem Malang.